Archiwum kategorii: Brak kategorii

Dane o wysokości należnego podatku dochodowego od osób fizycznych wg centyli i urzędu właściwego

Dostaliśmy te dane od Ministerstwa Finansów w ramach informacji publicznej.
Postaramy się przygotować jakieś ładne analizy i wykresy, ale myślimy, że mogą pomóc

Uwagi:

  • Kolumna „kwota podatku należnego” jest sumą podatku należnego. By uzyskać wartość średnią, należy ją podzielić przez liczbę podatników.
  • Plik to CSV w kodowaniu UTF-8 – Excel powinien dać mu radę, podobnie jak LibreOffice Calc
  • Kwota podatku należnego uwzględnia przedsiębiorców korzystających z ryczałtu należnego lub podatku liniowego.
  • Dla przedsiębiorczyni opłacalne jest skorzystanie z podatku liniowego, jeśli zarabia przynajmniej 102 tysiące złotych rocznie, lub do 204 tysięcy złotych rocznie, jeśli rozlicza się wspólnie z małżonkiem (dokładna kwota zależy od dochodów uzyskiwanych przez małżonka).
  • Ze względu na składki ubezpieczenia ZUS i NFZ i dość skomplikowany sposób ich liczenia, i różnice w ich wysokości pomiędzy różnymi formami zatrudnienia, podzielenie kwoty podatku per capita przez np. 0.19 może dać nam tylko przybliżoną kwotę dochodów.

By łatwiej estymować wpływ wyboru podatku liniowego, dołączamy dane za rok 2014:

GMO, rolnictwo, bioróżnorodność i ekologia: czy intuicja nas zawodzi?

Uwaga – zanim to przeczytacie (a zajmie to trochę czasu) – lojalnie się tłumaczymy. Partia Zieloni ma szereg cennych inicjatyw. Jesteśmy fanami i fankami ich działalności na większości płaszczyzn, czy to jeżeli chodzi o obronę Puszczy, czy jeżeli chodzi o walkę o prawa kobiet i szereg różnorodnych działań związanych z ochroną przyrody i z wyrównywaniem szans. Ale to nie znaczy, że będziemy się zgadzali z tym co robią w 100%. Oraz że będziemy siedzieć cicho kiedy uważamy, że robią źle. I właśnie dlatego, że zgadzamy się z misją Zielonych, będziemy wokalni wtedy, kiedy ich działania mają potencjalnie skutki przeciwne wobec tego co chcą osiągnąć.

Ostatnio pisaliśmy o niechęci organizacji związanych z ekologią do pewnych obszarów nauki. I nie trzeba było długo czekać, żeby nasze zarzuty potwierdziła Partia Zieloni. W kuluarach sejmowych Zieloni lansowali się razem z naczelnym wodzirejem polskiej pseudonaukim, niejakim Ziębą [1], w koalicji przeciwko GMO.  Szerokiej koalicji, która łączy ponad podziałami min. Szyszko razem z – o zgrozo – SGGW, które było pionierem polskich badań nad GMO* [2], posłami i posłankami PO i Kukiza [3] czy NGOsami jak Inspro czy ICPPC.

Sprzeciw wobec GMO nie powinien dziwić. Wiedza na temat GMO jest mizerna, potencjał do straszenia – ogromny. Jedzenia jest w sklepach pod dostatkiem, więc nie widzimy potencjalnego zagrożenia dla naszych spiżarni w perspektywie 20 lat. Jako gatunek nie jesteśmy w skali populacji wybitnie skłonni do długoterminowego planowania. Ale dzisiaj skoncentrujemy się na Zielonych, głównie dlatego, że odnieśli się do swojego uczestnictwa w protestach antyGMO i podali swoje stanowisko w te sprawie [4] i dlatego, że wymagamy od nich trochę więcej niż od Szyszko czy posłów. OK – przyznamy też, że ma to związek z tym, że Zieloni jako główny argument podali ich miłość do bioróżnorodności, a tak się składa, że to temat który nie jest nam obcy.

Zacznijmy może od banalnego pytania na które nauka stara się z różnym skutkiem odpowiedzieć – czym jest bioróżnorodność i czemu to nas w ogóle obchodzi? W telegraficznym skrócie – bioróżnorodność w badanych przez nas ekosystemach (niekoniecznie dotyczy bakterii i organizmów jednokomórkowych, ale to temat na inną dyskusję) jest silnie powiązana z produktywnością tego ekosystemu. Klasycznym doświadczeniem jest (rzadko w nauce jest coś takiego ale w tym przypadku jak najbardziej) legendarny eksperyment Tilmana i współpracowników gdzie badano przez 7 lat 168 doświadczalnych poletek łąk i wiązano bioróżnorodność tych łąk i ich produktywność na różne sposoby [5].

Bioróżnorodność intuicyjnie wspomaga też stabilność danego ekosystemu – przy większej liczbie elementów szansa na to, że usunięcie jednego z nich spowoduje jakieś katastrofalne załamanie jest mniejsza ponieważ mamy więcej kandydatów na zapełnienie powstałej po nich niszy. I ta intuicja zdaje się być również potwierdzona badaniami [6]. Dlatego troska o bioróżnorodność jaką wykazują Zieloni jest jak najbardziej logiczna i rozsądna nawet nie ruszając takich argumentów jak to, że bioróżnorodne ekosystemy świadczą nam, ludziom darmowe usługi warte miliardy złotych rocznie, tu świetny przykład jak załamanie bioróżnorodności w oceanach nie tylko może doprowadzić do katastrofalnych skutków ale po prostu uderza nas po kieszeni [7].

O ile zgadzamy się z ich tezą – nie zgadzamy się z wnioskami. Tu naszym zdaniem Zieloni kompletnie mijają się z rzeczywistością. Obecnie około 38% ziemi (która nie jest pokryta lodem czy zmarzliną) na świecie jest wykorzystywana do produkcji jedzenia. To sporo – szczególnie biorąc pod uwagę, że jednocześnie przyrasta liczba ludności i będzie nas 9-10 miliardów a kraje biedniejsze bogacą się co powoduje, że ich mieszkańcy będą konsumować wkrótce więcej kalorii na mieszkańca. To realny problem, z którym przyjdzie się nam mierzyć w najbliższych 30 latach jednocześnie walcząc z poważnymi skutkami zmian klimatu, które grożą bezpieczeństwu żywieniowemu.

Do tego, żeby wykarmić wszystkich potrzebujemy efektywnych rozwiązań, które jednocześnie pozwalają nam utrzymać globalną bioróżnorodność w jak najlepszym stanie. A to trzeba robić głową a nie emocjami. Monokultury to nie jest wspaniałe miejsce do zamieszkania. To fakt. Ale mają jedną kolosalną zaletę – są niesamowicie efektywne. Zmniejszają nakłady pracy, zwiększają wydajność, plon. Mają też wadę – tereny objęte monokulturami są pozbawione znacznej części bioróżnorodności. Weźmy pole rzepaku – tragiczne miejsce dla pszczół. Ogromna liczba kwiatów przez krótki okres ale co potem? Dlatego owady mają się znacznie lepiej na przedmieściach gdzie ogrody przy domu zapewniają im ciągłe dostawy nektaru. Można to rozwiązać w inny sposób, zamiast monokultury rzepaku tworząc jakieś hybrydowe pole ale to powoduje zmniejszenie plonów. Tylko zmniejszenie plonów będzie wymagało, żeby powierzchnia na której uprawiamy rzepak była większa.

I tu pojawia się problem bioróżnorodności globalnej. Jako cywilizacja musimy produkować żywność w stopniu, który pozwala nam istnieć. To wymaga ogromnych połaci ziemi. To ile bioróżnorodności pozwolimy przetrwać jest wypadkową tego jaki obszar zaanektujemy (nie bójmy się użyć tu tego słowa) dla rolnictwa i tego jak typ rolnictwa, który stosujemy wpływa na bioróżnorodność. GMO i typ rolnictwa jaki zastosujemy może mieć oczywiście też wpływ na bioróżnorodność lokalną – o czym później.

Wyobraźmy sobie, że mamy ekosystem preriowy, na którym żyje 200 gatunków roślin i zwierząt. Załóżmy (realistycznie), że rolnictwo intensywne potrzebuje 100 ha na wyprodukowanie 2000 t kukurydzy a rolnictwo organiczne 150 ha. Jeżeli mamy potrzebę wyprodukowania 2 000 0000 ton kukurydzy, i mamy 200 tys. ha prerii, mamy do wyboru – 100 tys. upraw intensywnych i 100 tys. ha prerii albo 150 tys. rolnictwa organicznego (eko) i 50 tys. ha prerii.

To, która strategia jest lepsza dla środowiska zależy od tego jaki wpływ na bioróżnorodność mają oba typy rolnictwa. Jeżeli rolnictwo eko ma mały wpływ na bioróżnorodność a intensywne duży – opłaca się poświęcić dodatkowe 50 tys. ha prerii dla rolnictwa bo bioróżnorodność sumarycznie będzie wyższa (taka strategia nazywa się land sharing). Jeżeli wpływ na bioróżnorodność obu metod rolniczych jest podobny, nawet jeżeli rolnictwo eko ma nieco  mniejszy wpływ, dodatkowy obszar na którym trzeba będzie zlikwidować prerię spowoduje, że globalnie bardziej opłaca się skoncentrować produkcję na 100 tys. ha i pozwolić pozostałym 100 tys. pozostać w stanie naturalnym (taka strategia nazywa się land sparing – zerknijcie na naszą grafikę, teraz powinna być czytelniejsza). To umożliwia tworzenie rezerwuarów bioróżnorodności.

Pozostaje jeden problem – jak jest w realnym świecie? Czy rolnictwo intensywne i monokultury niszczą bioróżnorodność znacznie bardziej niż eko, czy może różnica jest na tyle niewielka, że eko może być paradoksalnie bardziej szkodliwe dla bioróżnorodności? Szczęśliwie dla nas Ben Phalan wraz z kolegami zbadali dokładnie to [8,9 – polecamy obejrzeć filmik – 15 minut, które może zmienić wasze spojrzenie na świat; dodatkowo ostatnio dokładnie tym samym tematem zajęły się Uniwersytety dla nauki co również warto przeczytać 10]. Sprawdził jaki wpływ na bioróżnorodność drzew i ptaków ma rolnictwo intensywne i mieszane i czy bardziej się opłaca koncentrować intensywną produkcję na małym obszarze czy może promować mniej intensywne rolnictwo na większym. Wnioski są dość klarowne. Dla ptaków dla ok. 30% badanych gatunków lepsza jest koncentracja intensywnego rolnictwa, dla 3% lepsze jest eko-rolnictwo. Dla drzew te proporcje to odpowiednio 70 i 1%. Szczególnie źle radzą sobie z obecnością jakiejkolwiek działalności człowieka gatunki endemiczne (występujący tylko lokalnie na niewielkim obszarze).

Gdzie miejsce na GMO? GMO to technologia, która w powszechnej świadomości łączy się z  intensywnym rolnictwem. Ale to nie jest pełen obraz. Drobni indywidualni rolnicy z niewielkimi poletkami korzystają z GMO na całym świecie. Mimo tego, że praktycznie 100% produkcji bawełny w Indiach jest oparte na modyfikowanych roślinach, średnia powierzchnia farmy maleje w czasie co raczej nie wskazuje na tworzenie latyfundiów, wręcz przeciwnie. Raczej trudno się spodziewać, że ci drobni rolnicy wykorzystują technologie rodem z USA, gdzie megatraktory orzą megapola i jeden właściciel może wejść na wzgórze i powiedzieć, że jak okiem sięgnąć to jego ziemia.

Mitem jest też to, że GMO jest w jakiś konieczny sposób szkodliwe dla środowiska. Modyfikacja genetyczna to technologia i jak każda technologia może być zastosowana mądrze i głupio. Może tym samym prowadzić do katastrofy ale i poprawić nasze życie. Do tej pory odmiany modyfikowane raczej koncentrowały się na tym drugim [autoreklama – 11]. Technologia GM umożliwia korzystanie z przynajmniej części zalet rolnictwa eko przy wydajności rolnictwa intensywnego. I robi to skutecznie.

Przykładem może być wykorzystanie upraw zerowych, które nie wymagają orania pola. To pozwala oszczędzić paliwo dla pługa (a nie są to banalne ilości w skali planety) i jednocześnie zmniejsza potrzebę zużycie nawozów, bo niezaorana ziemia nie ulega w takim stopniu erozji i wypłukiwaniu. Nie jest to rozwiązanie uniwersalne ale w wypadku kilku ważnych roślin uprawnych sprawdza się świetnie i warto z niego skorzystać [12]. Innym przykładem są modyfikowane rośliny zawierające insektycyd. Badania pokazują, że szerokie wykorzystanie modyfikowanych roślin odpornych na owady spowodowało spadek zużycia pestycydów, dzięki czemu bioróżnorodność owadów na polach wzrosła. Nie tylko to – ten wzrost zaowocował zwiększeniem liczby owadów polujących na szkodniki, które skutecznie wyłapują gatunki, na które rośliny nie są odporne, więc znowu – zwiększona bioróżnorodność dzięki modyfikacji genetycznej prowadzi do materialnych zysków dla rolnika [13]. Co więcej – redukcja w wykorzystaniu środków owadobójczych przełożyła się na 2 miliony mniej zatruć insektycydami w samych Indiach. Rocznie [14].

Jak widzicie – wpływ GMO na bioróżnorodność nie jest tak oczywisty jak sugerują Zieloni. Część ich zarzutów można odnieść do całości rolnictwa. I zgadzamy się z tym, niestety rezygnacja z produkcji żywności jest nierealna. Dlatego warto się zastanowić nad optymalnym wykorzystaniem naszych zasobów przyrody. I już wkrótce pojawi się szansa na to, że dowiemy się jak to działa.

Gdzieś na Lubelszczyźnie doktorantka z tego samego zespołu badawczego co wspomniany wcześniej Ben Phalan chodzi i zbiera dane dla podobnej analizy dla naszego kraju [15]. Wtedy ze znacznie większym przekonaniem będziemy mogli stwierdzić czy bardziej opłaca się nam ekorolnictwo czy rolnictwo w pełni intensywne, przy jednoczesnym oddaniu części kraju przyrodzie.

Mamy nadzieję, że przeczytacie ten post – mimo tego, że nie należy do najkrótszych. Bo warto – przynajmniej jako paliwo do dalszego zgłębiania tematu i przemyślenia waszego stanowiska w sprawie GMO. I zastanowienia się czy wasz sprzeciw wynika z przesłanek merytorycznych czy może ideologicznych? Tak, tak – do do was drodzy Zieloni.

#neuropapolska

#neuropanauka

/s/

[1] https://www.facebook.com/ukryteterapie/posts/1924663641106418

[2] https://oko.press/gmo-spisek-przeciwko-polsce-a-polowania-sa-humanitarne-mysliwska-ofensywa-o-rydzyka-ministra-szyszki-lasow-panstwowych/

[3] http://www.icppc.pl/antygmo/category/stanowiska/stanowiska-poslow/przeciwko-gmo/

[4] https://www.facebook.com/partiazieloni/photos/a.348895927694.156620.48391402694/10155153678467695/?type=3&theater

[5] http://bio.classes.ucsc.edu/bioe107/L4Science-2001-Tilman-843-5.pdf

[6] http://lagoon.wz.cz/vscht/citace1.pdf

[7] https://www3.epa.gov/region1/npdes/schillerstation/pdfs/AR-024.pdf

[8] http://science.sciencemag.org/content/333/6047/1289

[9] https://vimeo.com/139713170

[10] https://www.facebook.com/uniwersytety.dla.nauki.pajace.docyrku/posts/1558278790896052

[11] https://www.facebook.com/neuropa/photos/a.818479011630977.1073741828.302566939888856/1137469319731943/?type=3&theater

[12]  http://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0378429015300228

[13] http://www.salmone.org/wp-content/uploads/2012/06/biocontrol-bt-cotton.pdf

[14] http://blogs.nature.com/news/2011/07/bt_cotton_cuts_pesticide_poiso.html

[15] http://skorasp.republika.pl/ClaireFeniuk_ProjectSummary.pdf

*Dla was SGGW patronat nad tym czymś to wstyd i hańba. Żenujące.

Medycyna alternatywna, czyli jak skutecznie skrócić sobie życie

Stare powiedzenie mówi, że medycyna alternatywna, która działa nazywa się medycyna. I coś w tym jest. Firmy farmaceutyczne wbrew teoriom spiskowym lubią sprzedawać produkty. A tak się składa, że te skuteczne sprzedają się lepiej. Dlatego sporo wysiłku poświęcono na przejrzenie ludowych metod i dostosowanie ich do standardów Evidence-Based Medicine. Niestety znaczna większość medycyny tradycyjnej jest po prostu nieskuteczna.

Nowe badanie z Journal of National Cancer Institute potwierdza te wnioski [1,2]. Badacze postanowili porównać śmiertelność pacjentów, u których zdiagnozowano nowotwory bez przerzutów, a którzy zdecydowali się zrezygnować z konwencjonalnej terapii na rzecz alternatywnych metod leczenia. Wynik? Po w ciągu 5 lat, w grupie rezygnującej ze zdobyczy współczesnej medycyny, 45% osób zmarło [patrz wykres dla szczegółowych danych*]. W grupie, w której stosowano się do zaleceń lekarskich, zmarło zaledwie 22%. W skali kraju oznacza to setki osób, które pod wpływem manipulacji szarlatanów trzepiących kasę na desperacji i ignorancji osób zdiagnozowanych, rezygnują z terapii i przez to żyją krócej.

A to oznacza koszt dla społeczeństwa. Już pomijając finansowy aspekt, koszt ludzki. Setki rodzin, które muszą się zmagać z traumą utraty najbliższej osoby. Dlaczego? Bo nikt nie ma sposobu na to jakby się zabrać za tego typu oszustów. Hochsztaplerzy działają na granicach prawa. Starają się nie mówić wprost: “Zrezygnuj z terapii nowotworowej i przejdź na moją dietę złożoną z owoców i słońca.” ale łączą zachwalanie swojego panaceum ze straszeniem skutkami i nieskutecznością przykładowo chemioterapii (przykro nam; normalnie dajemy linki do źródeł ale w tym wypadku nie mamy najmniejszego zamiaru promować oszustw medycznych).

Dość niepokojącym wnioskiem z badania jest to, że osoby rezygnujące z konwencjonalnych terapii są średnio lepiej wykształcone, młodsze (choć tu efekt jest niewielki) i lepiej zarabiające. Dlaczego to niepokoi? Bo tego typu trendy zaczynają się w lepiej usytuowanych gospodarstwach domowych ale z czasem rozprzestrzeniają się w całej populacji.

Są też dobre wiadomości. Rezygnowanie z konwencjonalnych metod leczenia w tak wczesnej fazie choroby nie jest czymś powszechnym. Większość ludzi ufa medycynie. I są dla tego dobre powody. Śmiertelność związana z nowotworami spada – dzięki lepszej diagnostyce, lepszym metodom leczenia [3]. Tym bardziej warto przypominać gdzie się tylko da, że osoby promujące alternatywne podejście do medycyny tak na prawdę promują swoje przychody i narażają innych na poważne kłopoty zdrowotne. I jak pokazuje to badanie – również na śmierć.

#neuropanauka
/n/

[1] https://academic.oup.com/…/Use-of-Alternative-Medicine-for-…

[2] http://www.totylkoteoria.pl/…/medycyna-alternatywna-leczeni…

[3] https://www.cancer.gov/…/press…/2012/ReportNationRelease2012

* 5-letnia śmiertelność w grupie, która poddała się standardowej terapii i grupie, która zrezygnowała z medycyny konwencjonalnej w poszukiwaniu alternatywnych rozwiązań. Słupki błędu – przedział zaufania 95%.

Co oznacza ocieplenie Ziemi o 3°C

Najnowsze badanie z Nature Climate Change [1, i samo badanie za paywallem – 2] wykazuje, że szansa na to, że ocieplenie klimatu, które powodujemy do 2100 zatrzyma się na 2°C w porównaniu z epoką przedprzemysłową są na poziomie 5%. Mediana to 3,2°C – czyli istnieje 50% szansa, że do 2100 temperatura będzie wyższa o 3,2°C niż w epoce przedprzemysłowej i 50%, że będzie niższa.

Patrząc na obecne geopolityczne zawirowania, postęp w cięciu emisji CO2 i rozprzestrzenienie klimatycznego negacjonizmu, powinniśmy się zacząć przygotowywać na życie w świecie cieplejszym o 3°C niż w przeszłości. Oczywiście to nie znaczy, że mamy zaprzestać działań na rzecz zatrzymania ocieplenia – jeżeli nie zrobimy nic, 3°C ocieplenie zmienia się w 8°C. A to oznacza piekło na ziemi, przynajmniej dla ludzi.

3°C – brzmi niewinnie. Ot różnica między średnim dniem z 18°C a trochę przyjemniejszym z 21°C. Ale patrzenie na globalne temperatury przez pryzmat dziennych to błąd i pułapka. Znacznie lepszą analogią jest tu Rok bez Lata [3] – w 1815 wybuchł wulkan Tambora przez co spowodował katastrofalne ochłodzenie rok później. Rok bez Lata to efekt spadku globalnej temperatury lądowej o 1°C. My rozmawiamy o ociepleniu w skali globu o 3°C. Jak wygląda takie ocieplenie – w sporym uproszczeniu można zobaczyć tu [4, grafika*].

A skutki tych zmian będą poważne. Wzrost powodzi w Polsce może nie brzmi dramatycznie ale będzie się to wiązało z miliardowymi kosztami każdego roku. Przesiedlanie milionów ludzi w związku z wzrostem poziomu morza, pustynnieniem czy zasoleniem wód gruntowych spowoduje ogromne migracje, przy których obecny kryzys uchodźców wydaje się nieznaczącym incydentem. Spadki w produkcji plonów w kluczowych miejscach (oprócz USA spadnie produkcja w Indiach, Chinach) połączona z tym, że zmniejszy się przewidywalność produkcji żywności oznacza, że realne są klęski głodowe. I to w rejonach, których nie kojarzymy z niedożywieniem.

Do tego dochodzi zwiększona wrażliwość infrastruktury. Huragany, powodzie, susze, upały – to wszystko zagrożenia dla naszych zdobyczy cywilizacyjnych, które umożliwiają nam życie na dzisiejszym poziomie. Wrażliwość dróg, torów, infrastruktury energetycznej czy choćby głupi wzrost częstotliwości i intensywności turbulencji, co będzie prowadzić do tego, że podróże staną się znacznie bardziej ryzykowne – to coś z czym musimy się pogodzić. Oczywiście zwiększona wrażliwość infrastruktury czy wymusi (i już wymusza) wzrost kosztów ubezpieczenia. A to z kolei powoduje, że ceny wszystkiego będą musiały wzrosnąć.

Koncentrujemy się na wojenkach polsko-polskich, roszadach personalnych, o których już za kilka tygodni nikt nie będzie pamiętał. Nie ma sprawy. Rozumiemy dlaczego tak się dzieje i jest to nieuniknione. Ale warto raz na jakiś czas przypomnieć sobie, że w tym samym czasie fundujemy również sobie, ale szczególnie pokoleniom po nas, życie w świecie jak z koszmaru. W świecie gdzie rzeczy dla nas normalne będą luksusem.

Zachodni milenialsi narzekają na to, że pokolenie powojenne, które dostało świat podany na srebrnej tacy teraz próbuje go zburzyć tak, żeby nowe pokolenia miały trudniej. Może to i prawda ale tak samo na nas będą patrzyli urodzeni w 2030, kiedy zostawimy im zrujnowany świat ze zdezolowanymi ekosystemami i znacznym obszarem planety niezdatnym do życia. Dlaczego? Bo łatwiej było negować zmiany klimatu i płacić kilka procent mniej za prąd niż wywierać presję na politykach.

#neuropanauka
#neuropaswiat
/n/

[1] https://www.scientificamerican.com/article/earth-almost-certain-to-warm-by-2-degrees-celsius/

[2] https://www.nature.com/nclimate/journal/vaop/ncurrent/full/nclimate3352.html [3] https://en.wikipedia.org/wiki/Year_Without_a_Summer [4] https://www.youtube.com/watch?v=xplesDv5hl0 *Dziękujemy za szybką konsultację naukową grafiki portalowi Naukaoklimacie.pl

Protesty a sondaże

Wstępne dane sondażowe wskazują na to, że afera z próbą przejęcia sądów kosztuje PiS poparcie. 6 p.p. przewagi nad PO i Nowoczesną* zmieniło się w 1 p.p. Czy to oznacza odwrócenie się ludzi od PiS? Żeby spróbować odpowiedzieć na to pytanie spojrzeliśmy na dane z ostatnich dwóch lat, koncentrując się na innych przykładach masowych protestów: Protestach przeciwko zmianom w Trybunale Konstytucyjnym i Czarnemu Marszowi przeciwko zaostrzeniu przepisów dotyczących aborcji.

W obu przypadkach różnica w poparciu PiS i PO+N spadła znacząco 15 sondaży** po proteście. W przypadku TK – aż o 9 p.p (choć na efekt protestów z pewnością nałożyły się tu również inne czynniki – choćby to, że PiS z opozycji stał się partią rządzącą), w wypadku Marszu – o 2 p.p. Ale jeżeli spojrzymy trochę dalej w przyszłość – efekty tych spadków były krótkotrwałe. 30 sondaży po protestach w sprawie TK, PiS traciło do duetu PO+N już tylko 2,2 p.p. Dla Marszu mimo ostracyzmu rządu i masowych protestów – wystarczyło 2-3 miesiące, żeby PiS nie tylko odrobił straty ale jeszcze wysunął się na czoło w sondażach.

Podobnie może być w wypadku ostatnich protestów. Poparcie dla PiS w przededniu próby wprowadzenia kontrowersyjnych zmian było rekordowo wysokie. Patrząc na średnią z ostatnich 10. sondaży, PiS podobnym poparciem co w lipcu 2017 cieszył się jedynie tuż po wyborach. Z drugiej strony poparcie dla PO+N było najniższe od wyborów (już to pokazuje, że poprzednie protesty w dłuższej perspektywie czasowej zmieniły tyle co nic). Wstępne wyniki wskazują na solidny spadek przewagi PiS z 6 p.p. na 1 p.p. Najprawdopodobniej kolejne badania pogłębią ten spadek. Ale czy ta zmiana będzie trwała?

Tu wiele zależy od opozycji. Protesty pod sądami pokazały, że dwie główne partie opozycyjne nie mają zbyt wiele do zaoferowania młodym wyborcom. Panowie w średnim wieku rzucający seksistowskie komentarze nie trafili do młodych ludzi, którzy wyrwali się tłumnie wyrazić swój głos sprzeciwu wobec likwidowania demokratycznego ustroju w Polsce. Trzecie największa partia opozycyjna okazała się być quasi-opozycją bardziej zainteresowaną handlowaniem swoim poparciem z rządem niż realnymi działaniami.

Niestety nie pomagają tu wyborcy, którzy zdają się być obojętni wobec tego, czy żyjemy w kraju demokratycznym czy niekoniecznie. Lata ciężkiej pracy PiSu nad stworzeniem dwóch rzeczywistości w Polsce przyniosły w końcu efekty – nawet jeżeli ktoś nie kupuje przekazu TVP.Info – sporo ludzi wpada w prawdopośrodkowizm – skoro twierdzą dwie przeciwne rzeczy to prawda musi być gdzieś po środku. A spora liczba wyborców zdana tylko na źródła informacji związane z PiS żyje w bańce informacyjnej do której docierają tylko starannie zredagowane przekazy partyjne.

Do kolejnych wyborów już coraz bliżej. PiS do półmetku kadencji dociera z rekordowym poparciem, z mediami, które mówią dokładnie to czego PiS chce, z coraz większą kontrolą nad krajem. Opozycja jest nieporadna – albo żyje w alternatywnej rzeczywistości albo nie jest opozycją a cichym wsparciem rządu, albo ma lidera, który jest głównym problemem wizerunkowym i kosztuje ich cenne poparcie, albo cierpi na syndrom oblężonej kanapy i obraża się na wszystko i wszystkich albo jest PSLem.

Jedynym pocieszeniem jest to, że afery dookoła sądów nadkruszyły jednolitość pisowskiej maszyny. Rozłam na linii Duda-Kaczyński to szansa dla reszty, żeby pozwolić mediom koncentrować się na PiS a nie dawać sobie narzucać ich retorykę. Łatwiej zniszczyć imperium od środka niż z zewnątrz. A w obecnej sytuacji politycznej – czy to nam się podoba czy nie – PiS jest imperium.

#neuropapolska
/n/

* Z jakichś powodów niektóre sondażownie zaczęły ostatnio podawać dane sumaryczne PO i N – dlatego zdecydowaliśmy się przedstawić te partie jako sumę.

** Wykres przedstawia średnią dla 15 sondaży przed danymi protestami, 15 sondaży bezpośrednio po danym proteście i dla kolejnych 15 sondaży. Dla ostatnich protestów dostępne było tylko 15 sondaży przed i 5 po.

Niezbędnik Neuropy – Reforma opieki zdrowotnej w USA.

Postanowiliśmy wprowadzić do naszego menu nową pozycję – Niezbędnik Neuropy to skrótowe przedstawienie danego wydarzenia/procesu, który nie będzie w nagłówkach polskiej prasy. Tak, żeby po przeczytaniu można się było orientować w zagadnieniu w stopniu umożliwiającym konwersację a żeby dodatkowa literatura, którą podajemy w treści pozwoliła wam zostać krynicą wiedzy na dany temat w pobliskim pubie. Jeżeli format wam się (nie)podoba – dajcie znać. Jeżeli są tematy, które by was interesowały w tym formacie – tym bardziej dajcie znać.

Dzisiaj zaczynamy od reform polityki zdrowotnej w USA. Dlaczego? Bo mamy szczerze dosyć naszego polskiego bagienka i chcemy się dowartościować, że nie tylko u nas jest bałagan. A przy okazji temat jest ważny, bo decyduje o tym, czy Trump jest w stanie całkowicie pogrzebać spuściznę Obamy, czy może jednak nie i czy jest w stanie wprowadzić swoje pomysły w życie.

Jeszcze wczoraj w nocy komentatorzy byli zgodni co do tego, że kolejna (piąta) próba pozbycia się Affordable Care Act (znanym szerzej jako Obamacare) się powiedzie. Tymczasem po zupełnie niespodziewanym głosowaniu przeciwko przez senatora Johna McCaina – projekt upadł 49-51 w senacie [1] (oprócz McCaina przeciw głosowały senatorka Lisa Murkowski z Alaski, mimo tego, ze Trump groził całemu stanowi, że może się to odbić na ich finansach [2] i Susan Collins ze stanu Maine).

To ważne głównie dlatego, że usunięcie Obamacare było jednym z głównych postulatów Trumpa w kampanii wyborczej należy to potraktować jako klęskę. Prezydent poniósł porażkę aż pięć razy, mimo, że to jego partia ma większość w obu izbach:

– projekt Izby Reprezentantów (przeszedł przez IR, ale senat postanowił, że zamiast go przegłosować opracuje swój;
głównie dlatego, że projekt IR nie miał szans na przejście);
– projekt senacki (nie miał szans więc nawet go nie głosowano);
– zniesienie i zastąpienie Obamacare w ciągu 2 lat (poległo w senacie 43-57);
– częściowe zniesienie Obamacare (poległo w senacie 45-55);
– wreszcie wczorajsza próba ograniczonego zniesienia Obamacare, znana pod nazwą “skinny repeal” (poległa w senacie 49-51).

Wszystkie projekty usunięcia Obamacare bez zastąpienia go alternatywnym systemem zgłaszane przez republikanów charakteryzowały się tym, że przy wyższych kosztach (15 miliardów $ rocznie), ubezpieczenie zdrowotne obejmowało znacznie mniej osób niż Obamacare [3]. W najgorszym przypadku 23 miliony Amerykanów [4] mogło stracić opiekę zdrowotną, w najłagodniejszym “skinny repeal” nadal 16 milionów straciłoby ubezpieczenie [5]. Między innymi dlatego opinia publiczna była zdecydowanie przeciwko likwidacji Obamacare [6], a w szczególności przeciwko usuwaniu Obamacare bez proponowania niczego w zamian.

Jednak to nie przeszkadzało większości senackich republikanów. Badania pokazują zresztą, że w USA opinia większości populacji nie jest istotna – liczy się to co uważają na temat danego prawa przedstawiciele 10% najlepiej zarabiających [7, Figure 1, szczególnie polecamy przejrzeć i wyciągnąć wnioski*]. A usunięcie Obamacare spowodowałoby, że najlepiej zarabiający płaciliby mniej za opiekę zdrowotną. Dodatkowo – baza Republikanów jest w większości za usunięciem Obamacare. Republikanie są tu więc trochę pod ścianą – mogą głosować z myślą o swoich wiernych wyborcach ale zirytować tym samym tzw. independents, którzy byli w ogromnej większości przeciwko. Ironicznie porażka Trumpa może być małym zwycięstwem partii, która nie będzie musiała się tłumaczyć z niepopularnej decyzji przed przyszłorocznymi wyborami (IR i 1/3 senatu). Bo skoro Trump nie radzi sobie z kontrolowanym przez siebie Kongresem – ciężko sobie wyobrazić jak osiągnie coś jeżeli to Demokraci odzyskają kontrolę.

#neuropaswiat
#niezbednikneuropy

/n/

[1] https://www.nytimes.com/…/senate-votes-repeal-obamacare.html

[2] https://www.adn.com/…/trump-administration-signals-that-mu…/

[3] http://uk.businessinsider.com/cbo-estimates-cost-of-obamaca…

[4] http://www.reuters.com/…/us-usa-healthcare-cbo-idUSKBN18K2X2

[5] https://www.vox.com/…/health-care-skinny-repeal-consequences

[6] https://www.usatoday.com/…/suffolk-poll-obamacar…/103249346/#

[7] https://scholar.princeton.edu/…/gilens_and_page_2014_-testi…

*opis wykresu z [7]: Szansa na przgłosowanie ustawy w zależności od poparcie społeczeństwa, elity ekonomicznej i grup interesów. Niezależnie od tego czy dane rozwiązanie popiera 10 czy 90% populacji – szansa na to, że zostanie ono wprowadzone wynosi ok. 30%. W wypadku elit ekonomicznych – zwiększone poparcie przekłada się na większą szansę przegłosowania danej ustawy (od praktycznie zerowej szansy jeżeli poniżej 10% jest za do 60% szansy, jeżeli 90% jest za).

Astroturfing po polsku

W ostatnich kilku dniach zawrotną karierę zrobiło słowo “astroturfing”. Tak zwane media niezależne, włącznie z w TVP.info, zaczęły oskarżać tajemnicze wpływy o to, że zmanipulowały ludzi do protestów pod sądami [1]. Według tych źródeł to nie spontaniczna akcja, a starannie wyreżyserowana działalność agencji PR-owych udająca oddolne ruchy.

Wkrótce po doniesieniach niezależnych mediów na Twitterze zaczęły się pojawiać wpisy mówiące o tym, że protesty pod sądami to działania Sorosa i astroturfing. O ironio, te wpisy to właśnie astorturfing. Ostrzegający przed astroturfingiem. Ironia nie umknęła komentatorom i analitykom mediów społecznościowych [2, lektura obowiązkowa jeżeli interesuje was temat].

W ramach uświadamiania społeczeństwa (ok – naszych czytelników) postanowiliśmy pokazać, jak w stosunkowo prosty sposób możemy rozróżnić rzeczywistą akcję na Twitterze od manipulacji nie wiadomo kogo. Bo różnice między działalnością ludzi i zautomatyzowanych trolli są oczywiste. Wystarczy spojrzeć na dwa hasztagi: #wolnesady związany z protestami w kwestii “reformy” sądów i #stopastroturfing związany z kampanią na Twitterze zarzucającą opozycji astroturfing. W ostatnim tygodniu (do wczoraj) oba miały kilkanaście tysięcy wzmianek na Twitterze, ale oprócz tego “ile” ważne jest też “jak”.

Pierwszy # narodził się stopniowo, powiększając konsekwentnie swój zasięg w razie zwiększania się zasięgu protestów. Intensywność tego hasztagu w maksymalnym momencie dochodziła do 550 tweetów na godzinę (wykres pokazuje dane godzinne z okresu 17.07-24.07). Treści związane z hasztagiem są różnorodne, generowane przez wielu użytkowników. Wszystko to wskazuje na organiczne pochodzenie tagu – ot, ktoś wymyślił, powoli się przyjęło i zostało zaadaptowane przez innych.

Drugi hashtag to zupełnie inna historia. Pojawił się znikąd i w godzinę powstało prawie 12000 postów z tym hasztagiem. Większość została stworzona przez niewielką grupę bardzo aktywnych użytkowników (posty co kilka sekund), co jest charakterystyczne dla botów. Tag pojawił się jak kometa i równie szybko zniknął – co może po prostu świadczyć o tym, że kampania nie chwyciła i realni użytkownicy nie poszli za botami. 75% wpisów z tym tagiem powstało między 20.00 a 23.00 22 lipca. Treści pod tagiem są bardzo niezróżnicowane – dominują dwa wpisy powtarzane do złudzenia. Wszystkie te cechy są bardzo charakterystyczne dla astroturfingu.

Przeanalizowaliśmy też inne tagi związane z ostatnimi dniami i protestami obywateli. Zarówno tagi związane z retoryką prorządową, jak i z antyrządową. Tagi powiązane z #wolnesady wyglądają podobnie – pojawiają się stopniowo i równomiernie rosną w dziennych cyklach – dotyczy to #zamachlipcowy#chcemyweta#obronimydemokracje#lancuchswiatla i #3veto. Inaczej ma się sprawa z retoryką prorządową. Są tam tagi organiczne (#3xtak na przykład), ale większość albo zaczyna swoją karierę podobnie do #stopastroturfing (#stopngosoros#muremzapjk) albo pojawia się spontanicznie, ale potem jest wykorzystane przez boty (#drugazmiana, które było wykorzystane przez boty dwukrotnie w ciągu ostatnich tygodni).

Kto stoi za kampaniami astroturfingu? Nasz dział prawny kazał nie mówić, ale to w sumie nieistotne. Ważne jest to, co z tego typu kampaniami robią media prorządowe. Czy Twittera spamują Rosjanie, czy PiS, czy może (tu zakładam foliową czapeczkę) opozycja z Sorosem na czele w operacji false flag, wpolityce, Niezależna i TVP.info kupują to bezkrytycznie. Jeżeli kampanie wyszły od PiS – to jeszcze OK – po prostu propaganda mająca na celu dezinformację własnych zwolenników, żeby umożliwić sobie wprowadzenie quasi-autorytarnych rządów. Przynajmniej jest to działanie z premedytacją.

Ale jeżeli za astroturfingiem stoi obce państwo – jak sugeruje choćby Centrum Analiz Propagandy i Dezinformacji [3], to oznacza, że niezależne media dają się notorycznie wpuszczać w maliny przez służby obcych krajów. Użytkownicy Twittera związani z #stopastroturfing są regularnie cytowani przez prawicowe portale, media związane z Kaczyńskim, w tym TVP.info, powtarzały też informacje o astroturfingu. Część z nich robiła to jeszcze zanim armia botów próbowała zrobić z tego sensację (wpolityce pisało o tym o godzinie 13.00, atak botów był o godzinie 20.00 [4]).

Wniosek z ostatnich dni jest przerażający. Nasza główna partia i podległe jej media albo manipuluje społeczeństwem na masową skalę, albo sama jest manipulowana i kupuje propagandę państw sąsiadujących, niekoniecznie sympatycznych dla sprawy polskiej. Jeżeli to nie jest skandalem, sami już nie wiemy, co nim jest.

#neuropapolska
/s/

[1] http://www.wirtualnemedia.pl/…/astroturfing-wywolal-manifes…#

[2] https://medium.com/…/polish-astroturfers-attack-astroturfin…

[3] https://capd.pl/…/190-komentarz-astroturfing-nowa-generacja…

[4] https://wpolityce.pl/…/349944-spontaniczne-protesty-nic-z-t…

Życie w facebookowej bańce

Czy zamykamy się w bańkach informacyjnych? Czy upartyjnione przekazy medialne wygrywają z mediami tradycyjnymi? Jakiś czas temu serwis Buzzfeed przeanalizował dane dotyczące upartyjnionych portali w USA i mainstreamowych mediów [1]. Ich wyniki pokazały, że portale z silnymi preferencjami partyjnymi, które nie dość, że zawierały więcej niesprawdzonych i nieprawdziwych wiadomości, to jeszcze zamykały swoich odbiorców w bańkach informacyjnych pozbawiając ich dostępu do informacji, które nie pasowały do przekazu partyjnego.

Nie mamy zasięgu ani kadr Buzzfeeda ale postanowiliśmy na mniejszą skalę sprawdzić – jak wygląda to w Polsce. Zbadaliśmy 4 portale pro-PiS, 4 portale anty-PiS i 4 portale mediów z mainstreamu i porównaliśmy zaangażowanie ich fanów. Jeżeli chcecie poznać dokładną metodologię – zapraszamy na dół tekstu, gdzie jest to opisane punkt po punkcie.

Efekt? Scena mediów upartyjnionych* w Polsce wygląda bardzo podobnie do USA (wykres – opis pod spodem tekstu). Fanpage upartyjnione mają przy swoich postach znacznie więcej lajków, szerów i zaangażowania niż mainstreamowe media, które starają się podawać bardziej zniuansowany obraz rzeczywistości. Różnica jest spora. Mediana lajków (w przeliczaniu na 100k fanów portalu) dla portali propisowskich to 352, dla antypisowskich 125 a dla mediów mainstreamowych – 25. Nie liczyliśmy tego, ale na oko jeszcze gorzej wygląda to w wypadku szerowania treści: o ile portale jak sokzburaka.pl czy niewygodne.info.pl mają średnio po kilkaset szerów, Rzeczpospolita, Wprost czy Polityka pod większością wpisów nie mają ani jednego, dlatego w odróżnieniu od Buzzfeeda zdecydowaliśmy się porównywać lajki.

Czym się różnią media partyjne od mainstreamowych? Przeważnie tym jak przedstawiani są polityczni idole i wrogowie. W mediach partyjnych mamy wyraziste zróżnicowanie – ci nasi, krystalicznie czyści, honorowi, dobrzy i uczciwi. Ci inni – chamy, prostaki, oszuści i złodzieje. Dobieranie zdjęć na memach w taki sposób, żeby wyciągnąć pełnię brzydoty danej osoby, koncentrowanie się na najgorszych cechach – to wspólne punkty antypisowskiego “grażynacore” i propisowskiego “humoru”. Przy liczeniu lajków zszokowało mnie ile z treści koncentruje się na wyśmiewaniu cech fizycznych przeciwników. Bazowanie na bardzo niskich instynktach jak widać działa całkiem nieźle.

W tym samym czasie tradycyjny model mediów nie radzi sobie z lajkopolityką. Wszystkie analizowane przez nas pisma wypadły przeciętnie, czy wręcz bardzo słabo. Tylko czy wynika to z tego, że nie wiedzą jak bawić się w media społecznościowe czy może dlatego, że ich treści nie są pociągające dla czytelnika? Twardych danych brak, ale przyjrzeliśmy się treściom obecnym zarówno na anty-pisowskich portalach i fanpage Gazety Wyborczej i GW wypadała w porównaniu całkiem przyzwoicie, co świadczy o tym, że strony mediów są oglądane – po prostu oprócz hitów rezonujących z odbiorcami jest tam sporo treści, które nie budzą emocji.

A szkoda, bo właśnie tam znajdziecie więcej obiektywnych analiz czy tekstów, które pokazują, że rzeczywistość nie jest taka banalna jak pokazują partyjne portale. Zresztą – z naszych obserwacji wynika, że treści przekraczające partyjne podziały są wręcz karane na upartyjnionych portalach – niewielka liczba treści chwalących drugą stronę czy ganiących własną jakie widzieliśmy podczas zbierania danych miała wyniki znacznie poniżej średniej wśród portali upartyjnionych.

Inna widoczna tendencja to zwycięstwo PiSu w internecie. PiSu i partii, które próbują budować swoje poparcie na podobnych zasadach i przy wykorzystaniu podobnego elektoratu (np. RN, Kukiz, w jakimś stopniu Wolność**). Ich portale mają znacznie bardziej zaangażowanych uczestników, treści budzą znacznie więcej emocji. Być może wynika to z tego, że te portale działały już od jakiegoś czasu jako opozycja. Opozycyjne ruchy zawsze mają fory – w końcu walczą z państwową machiną, a przynajmniej są w stanie stworzyć takie wrażenie. Żeby zobaczyć na ile to poprawne, spróbujemy powtórzyć tą analizę za rok i powiązać ją ze zmianami poparcia dla PiS w sondażach w tym czasie – może poradzicie nam w innym doborze portali, bo sami widzimy tu możliwości ulepszenia?

Ale do tej pory: upartyjnione portale są znacznie popularniejsze niż mainstreamowa prasa, co musi prowadzić do tworzenia baniek informacyjnych – również z winy czytelników, którzy, świadomie czy nie, chcą żyć w bańce. Wartościowe i ambitne treści giną niezauważone w zalewie memów o tym jak to polityk X nie umie chodzić a Y jest podobny do małpy. I ten stan rzeczy nie ma prawa się zmienić dopóki nie nabierzemy nawyków – nagradzanie treści, które coś wnoszą i zwiększanie ich zasięgu to w zasadzie jedyna forma umożliwiająca nam zmienić tą zachwianą równowagę. To świadomi czytelnicy, którym zależy na tym, żeby nasze społeczeństwo było oparte na wiedzy eksperckiej i doinformowanych wyborach, ale którzy siedzą cicho mogą zacząć się odzywać. Inaczej rzeczywiście zaleją nas memy o tym jak pani posłanka Y wygląda jak krowa i fałszywe informacje.

#neuropapolska
/n/

Wykres: 600 postów (co najmniej sprzed 24h) z 4 portali pro-pis (50 z każdego), z 4 portali anty pis (50 z każdego) i 4 portali należących do mediów mainstreamowych (50 z każdego). Każdy punkt pokazuje ilość znormalizowanych lajków (patrz metody). Dodatkowo czarną linią zaznaczyliśmy mediany każdego z trzech zbiorów (środkową wartość z całego zbioru). Mediany wynoszą odpowiednio 352, 125 i 25.

Metody: Wzięliśmy pod lupę 12 fanpage na Facebooku – wszystkie lajkowane przez co najmniej 50k osób. 4 fanpagee określiliśmy jako propisowskie (Żelazna Logika, Niebieski Punkt Widzenia, Niewygodne.info.pl, TV Republika), 4 jako antypisowskie (Sokzburaka.pl, Racjonalna Polska, Komitet Obrony Demokracji i Nie lubię PiS-u) i 4 należące do mainstreamowych czasopism (Wprost, Rzeczpospolita, Gazeta Wyborcza i Polityka). Sprawdziliśmy 50 postów kolejnych wrzuconych na każdy z fanpage, które były na nich przez minimum 24h – w wypadku większości stron oznaczało to okres 28.03-02.04.2017 – i policzyliśmy ile lajków przypadało na 100k fanów danego portalu (przykładowo Gazeta Wyborcza ma 477k lajków – więc każdy ich wynik był dzielony przez 4,77). W ten sposób wyeliminowaliśmy efekt różnych wielkości fanpage.

[1] https://www.buzzfeed.com/craigsilverman/partisan-fb-pages-analysis?utm_term=.qpEMG3DQwK#.jmlNLgaBd8

*Upartyjnionych ≠ należących do danej partii, żeby nie było
**Pisaliśmy to rano – nazwa mogła się już w tym czasie zmienić

Wybory w Holandii: Polityczny misz-masz

Dzisiaj wybory w Holandii. W czasach alternatywnych faktów warto być obeznanym dlatego z tej okazji przygotowaliśmy dla was niezbędnik wyborczy: kto jest kim, jak wygląda sytuacja przed wyborami i czego spodziewać się po wyborach. Wykres pokazuje ile miejsc wg sondaży dostaną poszczególne partie (szczegóły na dola) ale już na pierwszy rzut oka widać, że wyniki mogą być bardzo zmienne – w tym wypadku prognoza dokładnych wyników wyborów to szaleństwo. Skutków – już niekoniecznie.

Główne partie:

VVD
Lider: Mark Rutte
Centro-prawicowa partia z liberalną wizją gospodarki, największa w obecnym parlamencie. Całkiem prawdopodobne, że utrzyma ten status. W kampanii przedwyborczej skręciła nieco w prawo w kwestii imigracji. Są proeuropejscy, chcą małej administracji, cięcia podatków i ogólnej deregulacji. Progresywne spojrzenie na problemy społeczne. Jak wspomniałem – VVD najprawdopodobniej wygra wybory ale tuż po będzie musiała przekonać potencjalnych koalicjantów – partie nastawione zdecydowanie bardziej pro-emigracyjnie niż ostatni kurs VVD, że to była tylko przedwyborcza retoryka. Problemem Rutte będzie też gasnący mandat społeczny. Z 41 miejsc w 150-osobowym parlamencie PVV utrzyma wg ostatnich sondaży zaledwie dwadzieścia kilka.

PVV
Lider: Geert Wilders
Partia jednego człowieka od kiedy Wilders opuścił VVD w 2004. Głównym postulatem jest ograniczanie imigracji i delegalizacja Islamu. Są też sceptycznie nastawieni wobec UE. Szczegóły innych propozycji – zostają w sferze ogólników. Poparcie głównie wśród gorzej wykształconych Holendrów, z regionów które może nie mają problemów z imigrantami ale bardziej z bezrobociem, brakiem perspektyw. Wilders przez lata budował w takich rejonach elektorat bazując na tym, że obwinia za wszystkie problemy kraju natłok muzułmanów. Ważna różnica między PVV a innymi tego typu partiami: Wilders jest specyficznie przeciwko Islamowi – oficjalnie nie ma problemów z innymi emigrantami (ale oczywiście na miejscu Polaków w Holandii nie czuł bym się spokojnie pod jego rządami). Prawdopodobnie zostanie 2-3 siłą w parlamencie bo w końcówce kampanii poparcie dla nich osłabło ale nie można wykluczyć zwycięstwa. Wilders jeszcze w październiku czy listopadzie wg sondaży mógł liczyć na ponad 40 miejsc w parlamencie – wg ostatnich wyników obecnie może liczyć na połowę z tego. Historycznie – co nie znaczy, że teraz ma się to powtórzyć – PVV dostaje mniej głosów w wyborach niż w przedwyborczych sondażach więc Wilders ma powody do zmartwienia. Tylko co z tego? Przez załamanie koalicji rządzącej w 2010 PVV straciła jakąkolwiek zdolność koalicyjną więc nawet zwycięstwo w wyborach nie da im miejsca w koalicji rządzącej a Wildersowi teki premiera. I taka sytuacja chyba im nawet pasuje – wystarczająco blisko włądzy, żeby móc narzekać, wystarczająco daleko, żeby nic nie robić.

CDA
Lider: Sybrand van Haersma Buma
Potentat w holenderskiej polityce. Partia, która od kiedy powstała w latach 1970 tylko trzy razy nie znalazła się w koalicji rządzącej. Ostatnie wybory to była dla nich tragedia – zaledwie 13 miejsc w 150-sobowym parlamencie. Dla porównania średnia z poprzednich 10 wyborów to 41,3 miejsc. Chadecja – partia w której religia jest ważnym aspektem. Silna polityka socjalna, konserwatyzm w kwestiach społecznych, traktowanie Ziemi jako boskiego stworzenia i związana z tym silna polityka proekologiczna. Proeuropejscy, zwolennicy wyrównywania szans i przyjaźniejszej polityki imigracyjnej. Zwolennicy liniowego podatku.

GroenLinks
Lider: Jesse Klaver
Zielona socjaldemokracja. Zawsze gdzieś w peletonie partii parlamentarnych ze średnią 7,6 miejsc na 150 w parlamencie ale tym razem zapowiada się, że będą mieli najwięcej miejsc w swojej historii. Wynika to z kompletnego rozkładu holenderskiej socjaldemokracji – PvdA (Partii Pracy), która była koalicyjnym partnerem VVD i zapłaciła wysoką cenę za wspieranie deregulacyjnych zapędów rządu. GL jak możecie się domyślić stawia na silną i egalitarną politykę społeczną, obniżenie podatków najbiedniejszym kosztem wprowadzenia podatków od zatruwania środowiska. Są za zdecydowanym działaniem w kwestii zmian klimatu, ochrony środowiska i praw zwierząt. Atutem może być młody lider, 31-letni Jesse Klaver. Holender ale z korzeniami indonezyjskimi i marokańskimi. Charyzmatyczny i z talentem do formowania kompromisów między partiami, co może okazać się wybitnie przydatne, jako, że przyszły rząd będzie zapewne złożony z bardzo eklektycznej kolekcji partii, jak to w Holandii bywa.

D66
Lider: Alexander Pechtold
Centroprawica ekonomiczna i centrolewica pod względem kwestii społecznych (czytaj – jak na polskie warunki skrajna lewica w obydwu kwestiach). Zwolennicy cięcia podatków dla najmniej zarabiających i klasy średniej, ale też deregulacji i prywatyzacji w służbie zdrowia czy edukacji. Jak większość partii w Holandii – silny nacisk na kwestie związane ze środowiskiem i zmianami klimatu. Bardzo proeuropejska. D66 ma szanse na bardzo dobry wynik wyborczy. Może nie pobiją swojego rekordu z 1994 kiedy uzyskali 24 miejsca w parlamencie ale powinni zdobyć 15-20 miejsc. Dla Pechtolda to zapewne ostatnie wybory jako lidera (rządzi partią od 2006) więc dobry wynik z pewnością pomoże przekazać włądzę w partii młodszemu następcy.

Reszta:
Parlament w Holandii to misz-masz – w obecnym jest 11 partii. W tym roku w peletonie znajdzie się zapewne wspomniana wcześniej PvdA, ale również SP (socjalistyczna populistyczna partia zbierająca rutynowo protest vote z lewej strony – trochę jak negatyw PVV), CU i SGP – konserwatywne partie chrześcijańskie bazujące na głosach z Bijbelbelt – holenderskiego zagłębia fundamentalistów chrześcijańskich, PvdD – partia zwierząt zbierająca głosy bardziej radykalnych zielonych dla których GL jest zbyt “lightowe”, 50+ – partia dla seniorów zatroskanych o swoje emerytury czy DENK – lewicowa partia skupiająca się na tym, żeby monitorować zachowania rasistowskie i polująca na głosy imigrantów. Wszystkie mają szanse na znalezienie się w parlamencie…

Ale co z tego? Przecież interesuje nas to, jak będzie wyglądać rząd Holandii po wyborach. Jedno jest pewne – nie będzie tak silny jak dwupartyjna koalicja z poprzednich wyborów. Rozmowy koalicyjne będą długie i wyłoni się z tego dziwaczny twór łączący chadeków z zielonymi, liberałów z socjalistami. W Holandii tego typu twór nazywa się fioletowa koalicja – i może wbrew oczekiwaniom – potrafi działać. Politycy głównych partii w Holandii potrafią przedłożyć interesy kraju ponad swoje własne i co ważniejsze – wyborcy potrafią ich za takie działania nagrodzić. W rządach fioletowych koalicji dużą rolę pełnią think-tanki i eksperci, którym politycy poza populistycznymi partiami są skłonni zaufać.

Dlatego niezależnie od tego, kto wygra – a może to być spokojnie Wilders i PVV – Holandia powinna kontynuować kurs sprzed wyborów. Lekki liberalizm ale bez zapominania o polityce socjalnej, prounijność, proekologiczność i mocne inwestycje w innowacyjność gospodarki. Tylko pozostaje pytanie – jak długo jeszcze? O ile Holandia nie rozwiąże problemów swoich wschodnich prowincji (Limburgia, Drenthe) – głosów na partie eurosceptyczne będzie przybywać a nie wiem czy szeroka koalicja będzie w stanie zaoferować kompleksowe rozwiązanie dla tych regionów. Kolejne wybory w Holandii mogą być jeszcze ciekawsze.

#neuropaswiat
/n/

Wykres: ile miejsc w senacie dostaną główne partie (średnia z sondaży z marca, wysokość słupka odzwierciedla liczbę miejsc w 150-osobowym parlamencie, NIE procenty poparcia). Dodatkowo – ściągawka z tego, która partia należy do jakiego nurtu.

Świat bez antybiotyków coraz bliżej

Dzisiaj o zagrożeniu przybywającym do nas z innych krajów i szerzącym się na całej planecie. Zagrożeniu, z którym radzimy sobie coraz słabiej, a które powoduje coraz więcej zgonów i generuje ogromne koszty. A przy okazji z zagrożeniem, które biorąc pod uwagę skalę i potencjalne straty – jest przez nas ignorowane. Nie, nie chodzi mi o terroryzm, nie nie chodzi mi nawet o zmiany klimatu. Oporność bakterii na antybiotyki. Moim zdaniem jedno z dwóch największych zagrożeń XXI wieku jest przez nas ignorowane. A biorąc pod uwagę cykl wprowadzania leków na rynek – działania są niezbędne już teraz.

Dostępność antybiotyków jeszcze 20 lat temu była traktowana jako pewnik. Nowe antybiotyki rejestrowano co roku, oporność nie była poważnym problemem i tylko grupa malkontentów narzekała, że stosowanie bez umiaru musi doprowadzić do utraty funkcjonalności. Dzisiaj ci malkontenci to mainstream. Garść faktów: wg raportu brytyjskiego rządu w 2050 na infekcje spowodowane przez oporne bakterie ma umierać rocznie 10 mln ludzi na świecie [1]. To więcej niż obecnie umiera na raka. Koszt oporności na antybiotyki dla światowej gospodarki od 2014 do 2050 jest szacowany na ok. 100 bilionów $[1]. To daje zawrotne 2,7 biliona rocznie – tyle co PKB Wielkiej Brytanii tracone każdego roku.

Przestaliśmy też odkrywać nowe antybiotyki – w 2015 co prawda pojawiły się doniesienia, że znaleziono nową rodzinę – teixobaktyny [2] – ale to pierwsze tego typu odkrycie od 1987… Spójrzcie na wykres ile nowych antybiotyków zarejestrowano w latach 80. a ile teraz. Szczęśliwie w okresie 2013-2017 powinno nastąpić lekkie odwrócenie tego trendu, ale co z tego, skore nowe antybiotyki to tylko nieznaczne modyfikacje starych – bakteriom obejście tego typu różnic zajmuje kilka miesięcy/lat.

Przykład? Znany z mediów MRSA (Gronkowiec oporny na metycylinę) – jeszcze w 1980 był praktycznie nieznany. W latach 90. stanowił już 25% zakażeń szpitalnych, ale jeszcze nie był znany jako przyczyna zakażeń poza szpitalem. w połowie pierwszej dekady XXI wieku – już 70% zakażeń gronkowcem w szpitalach i 60% poza-szpitalnych dotyczyło MRSA [3]. W ostatnich dniach polskie media obiegły doniesienia o opornym szczepie Klebsielli, który krąży po polskich szpitalach [4].

W zeszłym tygodniu WHO dało listę 12 bakterii dla których kluczowe jest znalezienie antybiotyku [5]. Są wśród nich i patogeny (dwoinka rzeżączki) ale też i bakterie żyjące w naszym ciele – bo to one właśnie zbiorą największe żniwo. Myśląc o oporności na antybiotyki przychodzą nam na myśl osoby chore na szkarlatynę czy inne bakteryjne paskudztwo – ale problemem będą raczej zakażenia po operacjach i innych procedurach medycznych.

Bez antybiotyków nie ma skutecznych operacji, bo część operowanych umrze z powodu zakażeń własną florą bakteryjną, oportunistycznie powodującą infekcje. Wyobraźcie sobie świat gdzie zamiast cesarki na życzenie – cesarskie cięcie jest rzutem monetą i matka ma 50% szans na zabójczą infekcję? Albo gdzie nie działa chemioterapia, bo niszczy układ odpornościowy, co powoduje, że zgony z powodu chorób niwelują efekt pozytywny terapii. To wszystko realne scenariusze, nie jakieś sci-fi. Dlatego warto zwrócić uwagę na ten problem.

Tymczasem – firmy farmaceutyczne wydają rocznie 1,8 mld na badanie antybiotykooporności. 5% budżetu R&D. Dlaczego? Odkrywanie nowych antybiotyków im się po prostu nie opłaca. Bo nowy lek trafiłby od razu na półkę, stosowany tylko i wyłącznie w dramatycznych przypadkach, gdzie nie ma innego wyjścia. A gdzie zysk? Gdzie zwrot kosztów? Firmy farmaceutyczne same zresztą przyznały, że bez pomocy państwa czy organizacji międzynarodowych nie mamy szans na to, żeby zażegnać kryzys. A państwa nie chcą “marnować” pieniędzy podatników na R&D – i tu leży przyczyna dla której oporne bakterie będą zmorą nadchodzących lat.

#neuropaswiat #neuropanauka

/s/

[1] https://amr-review.org/sites/default/files/160525_Final%20paper_with%20cover.pdf

[2] http://www.nature.com/nature/journal/v517/n7535/full/nature14098.html

[3] https://microbewiki.kenyon.edu/index.php/Antibiotic_Resistance_Within_Staphylococcus_Aureus

[4] http://www.medonet.pl/zdrowie,superbakterie-w-polskich-szpitalach,artykul,1722892.html

[5] http://www.who.int/mediacentre/news/releases/2017/bacteria-antibiotics-needed/en